Lepiej być drugim niż trzecim... PDF Drukuj Email
poniedziałek, 01 czerwca 2009 23:10
   Legia Warszawa. Klub centralny a jakże północny. Kolejny raz postanowiliśmy przejechać ponad 600km żeby pomóc zdobyć Legii zwycięstwo, aby mogła zostać przy odrobinie szczęścia vice-mistrzem Polski. W końcu jest naszym całym życiem. 
     Z Bartoszyc wyjechaliśmy o 6:15 rano. Od samego początku dopisywały nam humory. Śpiewaliśmy i bawiliśmy się na całego. Do Warszawy dojechaliśmy około 11:00. Do meczu było jeszcze daleko, ale w planie oprócz meczu mieliśmy też zwiedzenie PKOL-u oraz Warszawskich Łazienek, z których po niespełna pół godziny przegonił nas mocny deszcz. Totalnie mokrzy i troszkę przemarznięci wróciliśmy do autobusu, w którym suszyliśmy się prawie dwie godziny.  Zobacz zdjęcia z wyjazdu.







    Wybiła 16:00. Pomału zaczęliśmy zbierać się do wyjścia na stadion Legii. Prezes Fan Klubu wyczytał nam numerki, które mieliśmy podać przy wejściu na stadion i udaliśmy się w jego stronę. Po odbyciu kontroli udaliśmy się w kierunku trybun gdzie przez około pół godz. podziwialiśmy w jak wspaniałym tempie toczy się rozbudowa stadionu.

     Na chwilę przed 17:00 na murawę wyszła nasza ukochana i chorzowska drużyna. Po chwili wraz z całym stadionem wyśpiewaliśmy troszkę bez werwy i z niedowierzaniem, że to nie mecz o mistrzostwo Polski pieśń "Sen o Warszawie". Na szczęście "Żyleta" od samego początku meczu stanęła na wysokości zadania a my nie chcieliśmy być gorsi i po chwili byliśmy pełni radości i wiary w sukces Legii dzisiejszego dnia. Poczuliśmy się jakbyśmy jeszcze bardziej kochali Legię, ale czy bardziej się da??

     Od samego początku bardzo przeżywaliśmy to spotkanie. Dosyć słaby początek meczu z powodu wrażenia "mokrej piłki" wskazywał na to, że będzie to mecz na niskim poziomie. Mimo, iż Legia posiadała widocznie częściej futbolówkę to jednak Legioniści nie wyprowadzali zagrażających przeciwnikowi akcji. Dopiero po ok. 30 minutach spotkania Roger Gurreiro strzałem z pierwszej piłki rozbudził nasze gasnące pomału nadzieje. Szaleliśmy na trybunach i krzyczeliśmy tak głośno jakby dziś Legia walczyła o mistrzostwo. Krzyczeliśmy też "Chcemy Rockiego, hej Miklas chcemy Rockiego". Zawodnik ten walczył o nasze serca cały rok i je wywalczył! Niestety "Rocky" pożegnał się tego dnia z nami chyba na zawsze. Kiedy wyśpiewywaliśmy kolejną pieśń nagle „Palucha” będącego w kapitalnej sytuacji do strzelenia gola, sfaulował bramkarz Ruchu i mieliśmy "jedenastkę", którą w pięknym stylu wykorzystał Maciej Iwański. Niestety nasza radość nie trwała długo ponieważ chwilę przed zakończeniem spotkania już w doliczonym czasie gry "Rocky" zagrał w polu karnym piłkę ręką i chorzowianie również z karnego zdobyli kontaktowego gola, po którym automatycznie zakończyła się pierwsza połowa. Sędzia na długo zapamięta nasze donośne niezrozumienie za tą decyzję.

     W trakcie przerwy dzwoniliśmy po znajomych i rodzinie z pytaniem o wyniki na innych stadionach. Z niecierpliwością czekaliśmy też na drugą połowę spotkania. A tą rozpoczęliśmy "Hitem z Wiednia" a po zachęcie żylety śpiewaliśmy na dwie trybuny "Warszawę" i "Ole ole..." oraz "Za nasze miasto...", "Legia Warszawa to nasza duma i sława", "Kto wygra mecz?!", i inne pieśni Legijne, które doszczętnie pozdzierały nasze gardła. Pozdrawialiśmy też zgody.


     Jednak nie tylko śpiewem kibic żyje, ale także meczem ;) W 55. minucie mieliśmy kolejny raz ręce w górze jednak zakończyło się niedowierzaniem i oklaskami. Piłka niespodziewanie dostała się pod nogi Jakuba Rzeźniczaka a ten zaskoczony tą sytuacją wykonał strzał z kilku metrów od bramki prosto w... słupek. Dobijał jeszcze Iwański, ale z łatwością powstrzymał go bramkarz gości. Na ok 20min. przed końcem regulaminowego czasu gry mieliśmy prawdziwą ucztę a to za sprawą wejścia na boisko Chinyamy, który został wg nas bohaterem spotkania. Jeden z naszych kolegów nie wytrzymał wtedy napięcia i wszedł na ogrodzenie, z którego musiał zejść po interwencji ochroniarza.



     Wpierw Chinyama w 90. minucie pokonał bramkarza z Chorzowa a następnie w doliczonym czasie gry ograł Adamskiego i zdobywając gola ustalił końcowy wynik spotkania na 4:1! Ponieważ w Poznaniu Lech tylko zremisował z Cracovią 2:2, obroniliśmy tytuł vice-mistrza Polski. Co prawda jeszcze dwa tygodnie temu liczyliśmy na mistrzostwo, ale vice-mistrz to także mistrz dlatego skandowaliśmy wraz z całym stadionem "Mistrz, mistrz, Legia mistrz". Za ten doping postanowili podziękować nam piłkarze, którzy musieli przebić się przez masę ochroniarzy z nałożonymi na głowy kaskami i pałkami w dłoniach, którzy ustawili się przy linii autowej boiska dosłownie na kilka metrów przed nami. Jeden z naszych kolegów najbardziej chyba zaangażowany w kibicowanie dostał od Wojtka Szali… przepoconą koszulkę :) Jakie to były dla Niego szczęśliwe chwile. Natomiast prezes naszego Fan Klubu spotkał się na chwilę z Piotrem Staruchowiczem ps. "Staruch", który jest wodzirejem "Żylety" i wszystkich kibiców na stadionie. My też mamy takiego wodzireja, to ten sam, który otrzymał koszulkę od Szali ;) Może kiedyś zostanie godnym następcą "Starucha"?


 
    Wygrana legionistów, przy jednoczesnym remisie Lecha, dała naszej ukochanej drużynie vice-mistrzostwo, z którego byliśmy niezmiernie zadowoleni. Niemniej jednak byliśmy też troszkę zawiedzeni ponieważ to już druga z rzędu przegrana z "białą gwiazdą". O ile jeszcze rok temu przewaga Wisły była niepodważalna, o tyle w tym sezonie do tytułu Mistrza Polski zabrakło naprawdę niewiele. Jednak, co się odwlecze, to nie uciecze. My zawsze wierzymy w naszą Legię i wiemy, że za rok przy odrobinie naszej "gardłowej" pomocy mistrzostwo polski i tak będzie nasze. To już nieuniknione. "Sie stanie sie". Tak się bawi, tak się bawi Warszawa!!!! (i Bartoszyce ;)



I szczęsliwy powrót do domku, w którym byliśmy już przed pierwszą w nocy następnego dnia :)

Poprawiony: wtorek, 06 kwietnia 2010 09:01
 

piątek, 10. września 2010